Ostatnie spojrzenie na pokój hotelowy, w którym spędził ostatnią noc. Niewielkie pomieszczenie z łóżkiem na środku, telewizorem, stolikiem, a tuż obok łazienka. Wszystko w beżu i bieli. Miał dość już tych barw. Miał dość już takiego życia. Marzył o chwili spędzonej z ukochaną. O ciepłym kocu i jej w swoich objęciach. A przed nim jeszcze długa droga do Krakowa. Że też im się zachciało robić badania tuż przed świętami.
Podniósł czarną klubową torbę z wyszytym na czerwono- zielono napisem AGH Kraków. To już ostatni sezon. Plecy nie pozwalają mu dalej grać. Nienawidzi myśli, że musi rozstać się z ukochanym sportem. Nie wymyślił jeszcze, co będzie później. Ale czy to ważne?
Zamknął drzwi hotelowego pokoju i udał się długim wąskim korytarzem w kierunku wind. Nacisnął guzik i kiwał się wprzód i tył, gdy czekał. Mogło by się to cholerstwo ruszać szybciej. Z cichym kliknięciem zatrzymała się na jego pietrze. Wszedł do pomieszczenia i wcisnął guzik 0. Winda powoli sunęła w dół. Na wyswietlaczu zmieniały się cyfry. Na 3 piętrze dosiadł się jakiś chłopak. Zlał go, ważniejszy był telefon w dłoni i słuchawki na uszach, z których wydobywał się szmer.
Wreszcie upragniony parter. Podszedł do recepcji wymeldować się.
Młoda dziewczyna o krótkich blond włosach, niebieskich oczach i kształtnej twarzy, nerwowo przygryzała wargę na jego widok. Gdyby nie to, że ma żonę pewnie próbowałby ją jakoś obkręcić sobie wokół palca. W końcu przecież sam urodą nie grzeszył.
-Dzień dobry. Chciałbym się wymeldować- zaprezentował jej swój uśmiech, po którym miękną kolana dziewczyn. W tym wypadku było podobie.
- Oczywiście. Pana nazwisko?- błądziła gdzieś za nim wzrokiem.
- Kadziewicz.- szybko odpowiedział. Przyglądał się zaciekawiony dziewczynie, co wprowadzało ją w jeszcze większe zażenowanie.
Wpisała jego nazwisko w komputer. Na ekranie wyskoczyły jej wszystkie potrzebne dane do uregulowania płatności.
- Gotówka, czy karta?
- Karta.- odparł i sięgnął dłonią do tylnej kieszeni, chcąc wyciągnąć portfel. Położył kartę na blacie.
Drżącymi dłońmi zabrała jego kartę kredytową. W drodze między blatem a terminalem zdążyła jej wypaść z dłoni. Uśmiechnęła się i pod nosem przeprosiła go. On tylko kiwnął głową, tracąc cierpliwość.
W końcu uregulował płatności, i mógł już opuścić to miejsce. Miał nadzieję, że to ostatnia już wizyta w tym miejscu w jego karierze.
- Dziękujemy za wizytę. Spokojnej drogi i Wesołych Świąt.
- Nawzajem.- odparł krótko.
Zarzucił torbę na ramię. I pewnym krokiem z wysoko uniesioną głową ruszył do wyjścia.
Otworzył drzwi, a chłodne grudniowe powietrze otuliło go.
Spojrzał w niebo pokryte szarymi chmurami, które szczelnie broniły świat przed słońcem. Z nieba zaczęły powoli spadać na ziemię płatki śniegu. Poczuł jak kilka z nich roztapia się na jego twarzy. Uśmiechnął się pod nosem. Przez te lata, które spędził we Włoskiej lidze, zdążył zatęsknić za zimnem i śniegiem. Dmuchnął w powietrze, a z jego ust uciekła para. W tym momencie przypomniał sobie, że jako dziecko wtedy zawsze uważał, że pali papierosy.
Zimny wiatr, rozwiał jego kurtkę, której nigdy nie zapina. A po karku przeszedł mu dreszcz. Automatycznie podniósł ramiona ku górze.
Wziął jeszcze głęboki oddech i ruszył do samochodu. Z kieszeni wyciągnął kluczyki i otworzył auto. Na tylne siedzenie rzucił torbę. Sam zasiadł na przednim siedzeniu. Nim odpalił silnik zdjął kurtkę, którą położył obok. Ustawił ulubioną muzykę, i był gotowy do drogi. Spojrzał jeszcze na zegarek, 10:20. Czekało go około 4 godziny drogi. Przeanalizował trasę w głowie i ruszył.
Wyjazd z Warszawy zabrał mu kilka minut. Ale widząc ludzi, którzy ciągnęli swoje pociechy po sklepach, ludzi z choinkami- zrobiło mu się ich żal. Tacy naiwni. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio spędził święta z cała swoją rodziną, ale wcale tego nie potrzebował. Prezent dla żony już dawno miał kupiony. Leżał schowany na dnie szafy.
Nie myślał o ubieraniu choinki. Agnieszka miała wynająć kogoś kto to zrobi. Tak samo z kolacją wigilijną.
Nie miał w ogóle ochoty na jakiekolwiek świętowanie. Dla niego święta już dawno przestały istnieć.
Nie spieszyło mu się jakoś szczególnie, ponieważ Aga była i tak w pracy, i nie wróci do domu wcześniej jak przed 17. A siedzenie samemu w czterech ścianach go nie interesowało. Dlatego postanowił jechać trochę okrężną drogą.
Rozdzwonił się jego telefon.
- Tak?- zapytał rozmówce.
- Cześć kochanie. Jedziesz już?- to była Agnieszka.
- Tak, chwile temu wyjechałem. Mam coś kupić po drodze?
- Nie, wszystko już jest. Wiesz, dziś Monika będzie z Radkiem u nas. Zapomniałam ci wcześniej powiedzieć, wybacz.
- Jezu.- wydał z siebie głos dezaprobaty.- a myślałem, że spędzimy ten dzień sami. Nawet nie mam prezentu dla nich.
-Nie przesadzaj. Wiem, że z Radkiem się nie lubicie, ale dziś możecie dać sobie na wstrzymanie. Mam dla nich kupione prezenty.
- Od jak dawna wiedziałaś?- zapytał zirytowany.
-Tydzień.
- I dopiero teraz mi mówisz o tym łaskawie?
- O co ci chodzi?! To jest mój brat. A święta spędza się z rodziną.
-Taaa. Dobra, kończę już. Do później. Kocham.
- Ja ciebie też. Pa.
Rozłączył się. Żeby nie słyszeć myśli pod głośnił muzykę.
Czyli te święta nie będą udane, to wiedział na pewno. Monika będzie trajkotać jaka to jest szczęśliwa, że plemnik się rusza, że Radek spełnia jej każdą cholerną zachciankę.... Miał dość! A potem Aga....
Mimo, że jechał przepisowe 70, to policjanci zatrzymali go do kontroli.
- Dzień dobry. Młodszy aspirant Dariusz Kowalski, kontrola drogowa. Proszę przygotować dokumenty.
-Tak jest.
Sięgnął dłonią po kurtkę. Zaczął przeszukiwać kieszenie, by odnaleźć dokumenty. W końcu znalazły się w wewnętrznej kieszonce. Podał je mundurowemu. Ten zabrał je do kontroli. Drugi podszedł w tym czasie z alkomatem.
- Dmuchamy.- przystawił sprzęt, a on musiał przez kilka sekund dmuchać. Na wyświetlaczu pojawiło się 0.0. - no no. To oddajemy panu dokumenty. Szerokiej drogi i Wesołych Świąt.
-Wesołych.- odebrał swoją własność i ruszył w dalszą drogę.
Śnieg zaczął coraz mocniej sypać. Na przedniej szybie toczyła się walka- śnieg i wycieraczki.
Droga zaczynała robić się śliska. Zwolnił.
Myśli to jedyne przed czym nie potrafimy uciec. I w jego głowie, one też nie były w stanie biec w tą samą stronę. Uderzył kilkakrotnie głową w zagłówek, ale to wcale nie pomogło.
A może to serce tak w nim krzyczało i szarpało go?
------------------
Hejo! :D
Pytacie czy zdążę z tym opowiadaniem do Świąt. Odpowiedź brzmi- absolutne tak! Chyba, że terroryści popsują mi plany xD
Ładnie proszę o komentarze, choć na razie to wiem, że tu nic nie wiadomo....
Z mych matematycznych wyliczeń wynika, że będzie 9 rozdziałów. Ot taka opowiastka.
A nastepny w poniedziałek :D
Tak więc do nastepnego!
Marcyśka